Etykiety

środa, 2 maja 2012

Moja Wolność


 Wczoraj piękne krajobrazy i drogi ciągnące się ku górze, z gęstymi lasami na czele. Dzisiaj lampa zaświecona przy stole, balkon pusty i zalany światłami z zewnątrz. Najpierw chaos i niespodzianka, o której powiadomiłam Jolencję. Tak, jest już długo oczekiwana płyta Some Ember. Niesamowity przypływ emocji przy słuchaniu za drugim razem. Przeskakiwanie z jednego stylu na drugi i wiele etapów. Jest ogromna moc, być może dlatego, że uwielbiam takie dziwactwa i bębny (taaak). Zaczęło się od „Deep Ocean” i „Blood Drops from the Burning Heart”, już wtedy to było coś innego, ale po przesłuchaniu reszty utworów jest jeszcze smaczniej i głębiej. Wtedy są te granatowe chmury, które widziałam. Wkracza „Marine Layer”. Czuje też ten klimat w „Riverbed Weeps”. Teraz zawsze gdy będę oglądać zdjęcia robione tego dnia, będzie mi grał Some Ember. Jestem wolna kiedy wędruje.

Deep Ocean
Blood Drops from the Burning Heart
Marine Layer
Riverbed Weeps 

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Karmacoma


No właśnie Massive Attack, zespół (mojej kolejnej smutnej historii) o którym nigdy nie napisałam. Jest taka przestrzeń muzyczna, która zostaje nam odebrana. Dając komuś utwory, które znaczą dla Ciebie wszystko, zawsze ryzykujesz... że go nie odzyskasz. Mam wiele takich nieszczęsnych przykładów, choćby ten. Wracając do Massive Attack - jednym słowem perełka lat 90’ i lekka rewolucja muzyczna. Jestem wyjątkowo zżyta z „Unfinished Sympathy” bo jest wyjątkowo smutne dla mnie, ale i dające siłę, czasem gdy idę miastem myślę o teledysku do tego utworu. Drugim powodem może być też Nelson. Potem przypominam sobie „Safe from Harm” i próbuję uwolnić swój umysł, a na samym końcu dzwoni mi w uszach klimatyczna „Karmacoma”. Lata 90 były fajne i koniec.

Unfinished Sympathy
Safe from Harm
Karmacoma

niedziela, 22 kwietnia 2012

6669 (Attack, Decay, Release)


„Zauważyłam, że wszystkie zespoły, które uważasz za szajs, potem uwielbiasz.” Pamiętam jak pierwszy raz Pani J puściła „6669 (I Don't Know If You Know)”, do dzisiaj widzę tą kolorową lampkę i bajery, aa no i „Deadbeat Summer” po którym wszystko stało się  rozregulowane. Nastał teraz czas.. czas Era Extrana. Pani J całymi dniami słuchała przez internetowy odtwarzacz, a ja się nabijałam, ale do czasu. Nie dziwota, że jak usłyszałam „Polish Girl” to miałam błyszczące oczy. To takie bajeczne, kolorowe i oryginalne. Neon Indian zdecydowanie stworzyło arcyciekawą mieszankę, a co najważniejsze wszystkie trzy fazy (Heart- Attack, Heart- Decay, Heart- Release) doświadczyłam i przeżyłam. Ostatni kawałek płyty (Arcade Blues) jest wspaniałym zakończeniem i to wcale nie smutnym. No i oczywiście okładka w analogowym stylu. Hahaha hipsterzy mnie zabiją.


Inny Wojownik


 Minęły 3 lata. Nie mogę uwierzyć, że „Warrior” słuchałam aż tak dawno. To były początki fotografowania, początki rewolucji muzycznej, wszystkiego. Wtedy przeczytałam też swoją pierwszą książkę science fiction (Lem „Solaris”), ale dobra, to nie jest interesujące. Teraz słucham właśnie w piękną „plażową” pogodę  "Warrior", z LP „Aloha Moon”. Słuchając go, odczuwam trochę zbyt duży kocioł (hahah), ale nie jest tragicznie, widać razem dorastaliśmy. Nie jestem już nastolatką, więc.. „Warrior” i zmiksowana reszta też nie. Cieszy mnie też to, że „Treasure” zostało takie jakie było, bo jest kwintesencją klimatu Magic Wands. Za to „Crystals” kojarzy mi się z Pray for Rain. Oczywiście cała płyta jest  marzycielskim odlotem połączonym ze snem i krainami piękna. Jest oryginalnie, jest kosmicznie, a to się liczy, że wracają wspomnienia. Zdecydowanie zatęskniłam za następnym kopem muzycznym, ale nie wiem czy jestem w stanie wybić się wyżej. PS. Najbardziej wymiata „Burning Up”, którego nie ma na płycie.